Pochwała prostoty, czyli jak przestać się martwić i pokochać katastrofę

Nie wiem jak Wy, ale im jestem starsza, tym bardziej cenię prostotę. Ja wiem, wiem. Od starożytności się o tym myślało, mówiło, praktykowało. Nic nowego. Co ja do tego mogę dodać? 

Obserwuję ludzi. Obserwuję ich zmagania. Obserwuję siebie. Obserwuję swoje zmagania. Szukam lekarstwa na nieustający szum w głowie. Jak wiele osób. Testuję na sobie. Wyciągam wnioski. Dzielę się ze światem, bo jeśli ktoś znajdzie w tym co piszę odbicie swojej historii, jakiekolwiek pocieszenie, moja misja będzie spełniona. 

I tak, dziś podzielę  się obserwacjami o upraszczaniu. 

Rozwód i choroba wymusiły na mnie dosyć drastyczne życiowe zmiany, czego konsekwencją było znaczące ograniczenie życiowej przestrzeni, ilości posiadanych przedmiotów, znajomości. 

Przerażające, co?

Zostawić duże mieszkanie na rzecz małej kawalerki. Zostawić ⅔ dobytku (bo nie masz gdzie go trzymać), stracić z widoku ludzi, którzy byli ważni, ale musieli pójść dalej, żeby nie oszaleć razem z Tobą. 

Po dwóch latach widzę, że zdecydowana większość tych rzeczy do niczego nie była mi potrzebna. Oczywiście zdarza mi się za czymś zatęsknić (och, zmywarko!), ale zasadniczo odczuwam pozytywne skutki tego “zmniejszenia” życia. 

Widzę wyraźnie, że gdyby nie to życiowe tąpnięcie, pewnie bym tego nie dostrzegła i brnęła w zapełnianie pustki bezwartościowymi rzeczami i histerycznymi ruchami. 

Czuję się teraz bardziej sobą, lepiej się rozumiem. Czuje, że ten styl życia bardziej odpowiada mojemu obecnemu stanowi ducha. Najpiękniejsze jest to, że do tego nie potrzeba podręcznika, tutorialu, guru. Gdy dojdzie się do miejsca gotowości na zmiany, szybko staje się jasne co nam zasnuwa osąd, więzi i jest źródłem niepokoju.

Spędzam dużo czasu w mojej samotni, nie potrzebuję ekstremalnych wrażeń, staram się żyć harmonijnie, pielęgnuję rutynę, medytuję, uczę się.  Nie marzę o wymyślnych sprzętach ani drogich ubraniach. Staram się kupować tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne, pozbywać się nadmiaru rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle – nie zamierzam ograniczyć stanu posiadania do 8 przedmiotów i siedzieć na parapecie całymi dniami zasilana jedynie ziarnkiem ryżu. 

Po prostu widzę, że “odgruzowywanie” życia przynosi realne korzyści – przede wszystkim w postaci większego spokoju i łatwiejszej do utrzymania równowagi. 

To nowe i orzeźwiające dla osoby, która przez lata “musiała” być w centrum zdarzeń. 

Jeśli ktoś sobie pomyśli, że rezygnuję z życia – wręcz przeciwnie. W ten sposób robię miejsce na to, co istotne. Przede wszystkim na cieszenie się urodą świata i ludzkiej kreatywności. Polecam wszystkim zagubionym.

Być sobą, czyli …?

Mam alergię na nikiel, pleśń i nawoływanie do “bycia sobą”. Zawsze, gdy słyszę jakikolwiek komunikat zawierający tę frazę, dostaję mentalnych konwulsji. I nie, nie jestem buntownikiem, outsiderem i nie czuję potrzeby bycia na bakier. Po prostu nie rozumiem jak można komuś mówić, że ma być sobą, tak, jakby był kimś innym, a więc nie sobą, skoro przecież to oczywiste, że jest sobą – bo…jest sobą! 

Ale czy… naprawdę tak jest? Zastanawiam się czasem czemu aż tak bardzo mnie to wkurza. Czemu reaguję tak emocjonalnie. Skoro mam w sobie tak jasną niezgodę na “poszukiwanie siebie” bo “już się mam”, czemu jestem tym tak przejęta?

Może i „się mam”, ale kontaktu ze sobą to ja tak naprawdę nie mam. Wiem, co mi się podoba, co nie. Że lubię pewne rzeczy, a innych nie lubię, ale jest wiele monumentalnych, fundamentalnych pytań, na które nie znam odpowiedzi. I już sobie jakiś czas temu wytłumaczyłam, że tym, co mnie definiuje, jest właśnie ciągłe poszukiwanie i brak wyraźnego celu na  horyzoncie. Drażni mnie to jednak. Jest jak kamyk w bucie. Bo ja… naprawdę chciałabym wiedzieć – np. kim chcę zostać jak dorosnę. Albo czemu ciągle czekam, aż zacznie się prawdziwe życie, zamiast zrozumieć, że to już.

Zadaję więc sobie pytanie – czemu tylu rzeczy o sobie nie wiem? Czemu nie potrafię usłyszeć swojego głosu i z rozmysłem i determinacją dążyć do jakichś celów, które sobie wyznaczę? Czemu ważne decyzje w życiu muszę skonsultować z Internetem, rodziną, znajomymi, panią w sklepie, a sama nie potrafię podjąć decyzji (bo nie mam pojęcia co o danej kwestii tak naprawdę myślę)? 

Jak to się stało, że nie znam swojego zdania na temat własnego życia?

Czemu jestem bardziej sumą spostrzeżeń i oczekiwań innych o mnie niż sobą? Czy to kompleksy, niepewność siebie, silny wpływ środowiska, mimikra, mechanizm obronny? No i czy uświadomienie sobie tego, że tak mam, nie powinno mnie chociaż trochę uwolnić od obcych głosów w głowie?

Z zewnątrz mogę wyglądać na  zdecydowaną, określoną i czasem wręcz apodyktyczną, bo mam niewzruszony pogląd na niektóre sprawy (Kate Bush jest największą artystką w historii świata i kropka!). 

Od środka jestem mięciutkim, pluszowym oceanem niezdecydowania i niepewności. 

Trochę to słodkie, a trochę przeszkadza. Dlatego tak sobie siedzę czasem i usiłuję rozdzielić – co jest mną, a co nie jest. Co mi ktoś włożył do głowy (johnny mnemonic!), a co się tam samo urodziło. To jak zdrapywanie wielu warstw farby i próba dostania się do surowego drewna. Czy mi się to kiedyś uda? Czy mi się spodoba to, co zobaczę? Nie wiem. Ale będę dalej drapać. Może w końcu uda mi się nawiązać ze sobą kontakt, odsłonić surowe drewno i być… sobą.

Beznadzieja. O depresji słów kilka.

Ja wiem. O depresji powiedziano już wszystko. Przynajmniej tak się wydaje – gdy się już zachoruje. Gdy jest się zdrowym lub nie podejrzewa u siebie choroby, temat się zgrabnie omija, ignoruje i zostawia histeryzującym paniom w filmach o szpitalach psychiatrycznych.

Tymczasem, jest to palący problem. Problem nie tylko osób chorych, ale także ich bliskich. I dalekich. Problem, który rośnie i nie zamierza odejść. Żeby było jasne – nie jestem lekarzem, nie jestem guru, nie znam cudownego leku na depresję. Ale jestem chora. A ponieważ po gorszych momentach przyszły do mnie lepsze – czuje obowiązek podzielenia się i historią swojej choroby i procesu wychodzenia z niej.

Należę do typów introwertycznych, które w ramach mechanizmów obronnych wykształciły w sobie szereg zachowań ekstrawertycznych. Od dziecka byłam melancholijna, ale najwyraźniej bardzo szybko zauważyłam, że smutni i posępni mają w życiu gorzej. Nie wiem jak to się stało i kiedy, ale stałam się duszą towarzystwa. Byłam szczęśliwa i uważałam się za szczęściarza.

Nie jestem w stanie stwierdzić, kiedy to się zmieniło. Nie chcę się też wdawać w przyczyny. Ważne jest, że nikt nie zauważył znaków ostrzegawczych. A było ich wiele. I rozwijały się kilka lat.

Oznaki zwiastujące nadejście beznadziei:

Najpierw pojawił się ciągły niepokój. Niepokój, który koniecznie chciałam zamaskować. Zaczęłam więc więcej wychodzić z domu, szukać zajęć poza pracą, szukać nowych znajomych, szukać czegokolwiek, co dałoby mi zapomnieć o wiecznym rozedrganiu.

Potem przyszła samodestrukcja. Wiecie jak to jest, gdy zdajecie sobie sprawę, że coś jest dla Was niedobre, niezdrowe i sprawia, że czujecie się jak gówno, ale i tak to robicie? No właśnie. Pustka, jaką wtedy czułam była tak intensywna, że zrobiłabym wszystko, żeby ją zapchać. Czymkolwiek.

Po samodestrukcji nadszedł czas na histerię. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dużo wtedy płakałam. Wtedy dopiero zorientowałam się, że coś może być ze mną nie tak. I poszłam po raz pierwszy do psychologa.

A potem nadeszło najgorsze – odrętwienie. Jeśli sądzicie, że w depresji najgorszy jest smutek, mylicie się. Dla mnie najgorsza była ta całkowita obojętność, odrętwienie i poczucie absolutnego bezsensu jakichkolwiek działań. Beznajdziejnie, co? Gdy oglądasz filmy ze śmiesznymi kotami i odkrywasz, że zupełnie Cię nie śmieszą, to wiesz już, że jest bardzo źle. Odrętwienie u mnie wiązało się także z izolacją. Z osoby otoczonej grupą świetnych znajomych zmieniłam się w parę miesięcy w całkowitego samotnika, który nie odbiera telefonów, nie odpisuje na wiadomości, znika.

Dopiero na tym etapie trafiłam do psychiatry, zostałam zdiagnozowana i zaczęłam brać leki.

Dlatego, jeśli:

  • przestały Cię cieszyć rzeczy, które zwykle Cię cieszyły,
  • zaczynasz się izolować od bliskich Ci osób,
  • przestały Cię śmieszyć filmiki z kotami (kryterium ostateczne!),
  • masz jakiekolwiek wątpliwości dotyczące swojego zdrowia psychicznego ->

ZGŁOŚ SIĘ DO SPECJALISTY!

Depresja jest tak samo prawdziwą chorobą jak każda inna – i jak każdą inną trzeba ją leczyć. To, że jej nie widać, że inni nie rozumieją, że uważają, że zrobiła się na depresję moda – możesz mieć głęboko gdzieś. To o Ciebie chodzi! No i trochę o kotki w Internetach.

O tym, jak sobie radziłam z leczeniem, opowiem Wam innym razem.

.