Być sobą, czyli …?

Mam alergię na nikiel, pleśń i nawoływanie do “bycia sobą”. Zawsze, gdy słyszę jakikolwiek komunikat zawierający tę frazę, dostaję mentalnych konwulsji. I nie, nie jestem buntownikiem, outsiderem i nie czuję potrzeby bycia na bakier. Po prostu nie rozumiem jak można komuś mówić, że ma być sobą, tak, jakby był kimś innym, a więc nie sobą, skoro przecież to oczywiste, że jest sobą – bo…jest sobą! 

Ale czy… naprawdę tak jest? Zastanawiam się czasem czemu aż tak bardzo mnie to wkurza. Czemu reaguję tak emocjonalnie. Skoro mam w sobie tak jasną niezgodę na “poszukiwanie siebie” bo “już się mam”, czemu jestem tym tak przejęta?

Może i „się mam”, ale kontaktu ze sobą to ja tak naprawdę nie mam. Wiem, co mi się podoba, co nie. Że lubię pewne rzeczy, a innych nie lubię, ale jest wiele monumentalnych, fundamentalnych pytań, na które nie znam odpowiedzi. I już sobie jakiś czas temu wytłumaczyłam, że tym, co mnie definiuje, jest właśnie ciągłe poszukiwanie i brak wyraźnego celu na  horyzoncie. Drażni mnie to jednak. Jest jak kamyk w bucie. Bo ja… naprawdę chciałabym wiedzieć – np. kim chcę zostać jak dorosnę. Albo czemu ciągle czekam, aż zacznie się prawdziwe życie, zamiast zrozumieć, że to już.

Zadaję więc sobie pytanie – czemu tylu rzeczy o sobie nie wiem? Czemu nie potrafię usłyszeć swojego głosu i z rozmysłem i determinacją dążyć do jakichś celów, które sobie wyznaczę? Czemu ważne decyzje w życiu muszę skonsultować z Internetem, rodziną, znajomymi, panią w sklepie, a sama nie potrafię podjąć decyzji (bo nie mam pojęcia co o danej kwestii tak naprawdę myślę)? 

Jak to się stało, że nie znam swojego zdania na temat własnego życia?

Czemu jestem bardziej sumą spostrzeżeń i oczekiwań innych o mnie niż sobą? Czy to kompleksy, niepewność siebie, silny wpływ środowiska, mimikra, mechanizm obronny? No i czy uświadomienie sobie tego, że tak mam, nie powinno mnie chociaż trochę uwolnić od obcych głosów w głowie?

Z zewnątrz mogę wyglądać na  zdecydowaną, określoną i czasem wręcz apodyktyczną, bo mam niewzruszony pogląd na niektóre sprawy (Kate Bush jest największą artystką w historii świata i kropka!). 

Od środka jestem mięciutkim, pluszowym oceanem niezdecydowania i niepewności. 

Trochę to słodkie, a trochę przeszkadza. Dlatego tak sobie siedzę czasem i usiłuję rozdzielić – co jest mną, a co nie jest. Co mi ktoś włożył do głowy (johnny mnemonic!), a co się tam samo urodziło. To jak zdrapywanie wielu warstw farby i próba dostania się do surowego drewna. Czy mi się to kiedyś uda? Czy mi się spodoba to, co zobaczę? Nie wiem. Ale będę dalej drapać. Może w końcu uda mi się nawiązać ze sobą kontakt, odsłonić surowe drewno i być… sobą.

Teen drama dla dorosłych? 8 seriali o młodzieży nie tylko dla nastolatków.

Nie wiem jak Wy, ale ja chyba częściowo utknęłam w procesie dojrzewania. Tęskni mi się za czasami, gdy wszystko było ekscytujące i nowe. Gdy życie rozpościerało się przede mną jak ogromny, kolorowy perski dywan możliwości.  Pewnie trochę idealizuję ten czas i jak się dłużej zastanowię, wcale nie chciałabym do niego wrócić, ale to nie przeszkadza mi w namiętnym oglądaniu seriali dla młodzieży.

W zasadzie myślę, że zasłużyłam na poziom ekspercki, bo oglądam absolutnie wszystko. WSZYSTKO. Tak. I wcale się tego nie wstydzę, bo choć widziałam bardzo dużo badziewia, widziałam też rzeczy bardzo dobre. I tymi dobrymi się chciałam z Wami podzielić. Oto 8 seriali dla młodzieży, które z przyjemnością obejrzycie (lub przypomnicie sobie) jako dorośli. 

1. Friday Night Lights

Serial o licealnej drużynie football’u amerykańskiego??? Seriously?! Gdybym nie miała tego już za sobą, też bym nie uwierzyła. A to jest naprawdę dobre! Jeśli macie dość lukrowanych, wydumanych historii – sięgnijcie po ten serial – znajdziecie tu klasyczne motywy przewijające się w absolutnie wszystkich produkcjach dla młodzieży, ale ten serial jest najbliżej życia ze wszystkich znanych mi produkcji. 

2. SKINS (wersja brytyjska)

Rewelacja. Bezkompromisowy, brutalny, śmieszny i żenujący. Żałuję, że już się skończył. A co mi tam, zacznę oglądać od nowa. Tyle w temacie. Po prostu must see.

3. My So-Called Life

Świetnie napisany serial. Dla introwertyków, indywidualistów i wrażliwców. A poza tym, Jared Leto ❤

4. Buffy the Vampire Slayer 

Moja niekwestionowana największa serialowa miłość z gatunku teen/high school drama. Też obejrzana dopiero po 30. roku życia. Może pierwszy sezon i pół drugiego to nie jest coś, do czego chciałabym wrócić, ale potem jest świetnie. Mała blondyna walcząca z demonami wychodzącymi wrót piekieł umiejscowionymi pod miejscowym liceum – petarda. Kilka odcinków wciska w fotel. Rewelacyjne dialogi, świetna historia, ulubiona grupa przyjaciół. Mnóstwo odniesień do przeróżnych tekstów kultury. W tym serialu jest wszystko, czego potrzebujecie. 

5. Freeks and Geeks

Słodko-gorzki. Zobaczycie w nim wiele znajomych twarzy w młodszych wcieleniach. Jeśli lubicie Judd’a Apatov’a i Paul’a Feig’a, ten serial Wam się spodoba.

6. Dawson’s Creek

„Jezioro marzeń” leciało w telewizji jak byłam na przełomie liceum i studiów. Jako zbuntowana nastolatka nie zniżałam się wtedy do oglądania czegoś o takim tytule. Wtedy to się czytało Joyce’a i Bułhakova, a nie oglądało takie bzdety (omg, ależ byłam snobem). Obejrzałam więc Jezioro dopiero po 30. i byłam w szoku. To. Jest. Dobre! Trochę może przeintelektualizowane dialogi niepasujące do kilkunastoletnich dzieciaków mnie lekko na początku odstręczały, ale może właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda już w dorosłości. Polecam – dużo odniesień do kina, dobra proporcja komediowości i dramatyczności. Nawet ten młodzieńczy melodramatyzm jakoś mnie bardziej wzruszał niż irytował. 

7. Glee†

To propozycja raczej dla zagorzałych fanów grupowego śpiewania. Ja do nich należę i praktykuję, więc glee jest dla mnie (przynajmniej 1 sezon) absolutnym faworytem. Jeśli nie lubicie, gdy ktoś w filmie lub serialu nagle zaczyna śpiewać i tańczyć – raczej nie powinniście tego oglądać. Jeśli jednak się na to zdecydujecie, możecie liczyć na dużą porcję ciętych dialogów, mądrą lekcję tolerancji, mnóóóóóstwoooo coverów i sceny wyciskające łzy w oczach w każdym odcinku (nooo, prawie). 

8. Sex Education

Nastolatki, seks, problemy z seksem. To nie może się nie udać. Świetne połączenie lekkości i głębi. 

A wy co polecacie? Uwolnijcie wewnętrznego nastolatka! On tam gdzieś na pewno jest!

Daj sobie spokój, czyli 3 najlepsze aplikacje do medytacji

Należę do osób sceptycznych i nie uważam się za uduchowioną. Nie wyznaję żadnej religii. Nie wierzę w nic, poza rzetelną nauką i może tym, ze Buffy the Vampire Slayer to jeden z najlepszych seriali wszech czasów.

Gdy jednak dopadła mnie depresja, nerwica lękowa i związane z tym niezbyt przyjemne efekty specjalne w postaci ataków paniki, problemów ze snem i tak dalej, jakimś cudem zaczęłam medytować.

Jakimś cudem, bo w szczycie nasilenia depresji nie pomagało mi nic oprócz antydepresantów. Ale o tym innym razem.

Potrzeba zapanowania nad wymykającymi się spod kontroli stanami umysłu, zmusiła mnie do poszukiwania skutecznych sposobów radzenia sobie.

Efekty poszukiwań szybko skierowały mnie w kierunku medytacji. I jeszcze szybciej zweryfikowały moje (jak się okazało) stereotypowe myślenie. Zawsze wydawało mi się, że medytacja jest tylko dla wybranej i wąskiej grupy osób, które nie mają problemu ze skupieniem, siedzeniem w miejscu i dotykaniem absolutu. Ja tam absolutu dotykać nigdy nie chciałam (bo alkoholem to ja się brzydzę).

Okazało się, że by odczuć dobroczynny wpływ medytacji na życie ani nie trzeba siedzieć w bezruchu godzinami, ani się szczególnie wysilać. Mnie na przykład wystarczy 10 minut dziennie i jest to dla mnie teraz część dnia, na którą czekam.

Z moich doświadczeń wynika , że warto znaleźć sobie przewodnika. Przynajmniej na początek. Kogoś, kto mówi do Ciebie spokojnym, ciepłym głosem i pomaga odnaleźć się w tym procesie. Zrobiłam rozległy reaserch i choć wiem, że to szalenie indywidualna kwestia – wybrałam 3 aplikacje, z których korzystałam lub korzystam i mogę je z czystym sumieniem polecić. Wszystkie są anglojęzyczne (niestety!).

Subiektywny top aplikacji dla zestresowanych:

  • Headspace – moim zdaniem najlepsza aplikacja dla zestresowanych. Pięknie zaprojektowana, intuicyjna, ma medytacje na każdą okazję (ułatwiające zaśnięcie, opanowanie narastającego lęku, strachu przed lataniem itp.), daje możliwość wyboru długości sesji, zapisania plików dźwiękowych, wzięcia udziału w zbiorowej prowadzonej medytacji itp. Męski głos (warto poczytać o Andy’m Puddicombe), który prowadzi medytacje (w większości przypadków jest też do wyboru kobiecy) jest moim ulubionym. Jedyny minus – to cena. Chociaż spora część materiału jest dostępna bez opłat, by móc w pełni korzystać z aplikacji trzeba za miesiąc zapłacić 12,99 $.
  • Simple habit – u mnie na drugim miejscu. Bardzo dużo różnorodnych medytacji prowadzonych – często 5-minutowych, dużo dłuższych programów nakierowanych na rozwiązanie konkretnego problemu – np ze snem. Dziesiątki osób prowadzących do wyboru, setki tematów, możliwość dodawania konkretnych kanałów i medytacji do ulubionych. Nie korzystałam z płatnej wersji, bo było takiej potrzeby. Jedyny minus to irytujące dżingle na początku i końcu medytacji…
  • Calm – sama strona mnie uspokaja. Czasem w pracy odpalam sobie w tle i od razu jest mi lepiej. Ładna, przejrzysta, intuicyjna. Ale droga. Testować można przez tydzień, potem – opłata to 59.99 $ (pobierana za rok). Niezbyt dużo materiałów darmowych.

W zasadzie używam tych trzech aplikacji zamiennie i jestem z tym szczęśliwa. Medytacja pomogła mi przede wszystkim z zasypianiem, ale też nauczyła jak nie dać się wkręcić w wir narastającego lęku (nie mogę powiedzieć, że zawsze działa, ale z pewnością pomaga). Jeśli jeszcze nie próbowaliście, a żyjecie w stresie – spróbujcie. Wymaga to pewnej systematyczności i zawzięcia, ale warto.

A Wy? Medytujecie? Może macie inne fajne aplikacje dla zestresowanych, z których korzystacie?

Beznadzieja. O depresji słów kilka.

Ja wiem. O depresji powiedziano już wszystko. Przynajmniej tak się wydaje – gdy się już zachoruje. Gdy jest się zdrowym lub nie podejrzewa u siebie choroby, temat się zgrabnie omija, ignoruje i zostawia histeryzującym paniom w filmach o szpitalach psychiatrycznych.

Tymczasem, jest to palący problem. Problem nie tylko osób chorych, ale także ich bliskich. I dalekich. Problem, który rośnie i nie zamierza odejść. Żeby było jasne – nie jestem lekarzem, nie jestem guru, nie znam cudownego leku na depresję. Ale jestem chora. A ponieważ po gorszych momentach przyszły do mnie lepsze – czuje obowiązek podzielenia się i historią swojej choroby i procesu wychodzenia z niej.

Należę do typów introwertycznych, które w ramach mechanizmów obronnych wykształciły w sobie szereg zachowań ekstrawertycznych. Od dziecka byłam melancholijna, ale najwyraźniej bardzo szybko zauważyłam, że smutni i posępni mają w życiu gorzej. Nie wiem jak to się stało i kiedy, ale stałam się duszą towarzystwa. Byłam szczęśliwa i uważałam się za szczęściarza.

Nie jestem w stanie stwierdzić, kiedy to się zmieniło. Nie chcę się też wdawać w przyczyny. Ważne jest, że nikt nie zauważył znaków ostrzegawczych. A było ich wiele. I rozwijały się kilka lat.

Oznaki zwiastujące nadejście beznadziei:

Najpierw pojawił się ciągły niepokój. Niepokój, który koniecznie chciałam zamaskować. Zaczęłam więc więcej wychodzić z domu, szukać zajęć poza pracą, szukać nowych znajomych, szukać czegokolwiek, co dałoby mi zapomnieć o wiecznym rozedrganiu.

Potem przyszła samodestrukcja. Wiecie jak to jest, gdy zdajecie sobie sprawę, że coś jest dla Was niedobre, niezdrowe i sprawia, że czujecie się jak gówno, ale i tak to robicie? No właśnie. Pustka, jaką wtedy czułam była tak intensywna, że zrobiłabym wszystko, żeby ją zapchać. Czymkolwiek.

Po samodestrukcji nadszedł czas na histerię. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dużo wtedy płakałam. Wtedy dopiero zorientowałam się, że coś może być ze mną nie tak. I poszłam po raz pierwszy do psychologa.

A potem nadeszło najgorsze – odrętwienie. Jeśli sądzicie, że w depresji najgorszy jest smutek, mylicie się. Dla mnie najgorsza była ta całkowita obojętność, odrętwienie i poczucie absolutnego bezsensu jakichkolwiek działań. Beznajdziejnie, co? Gdy oglądasz filmy ze śmiesznymi kotami i odkrywasz, że zupełnie Cię nie śmieszą, to wiesz już, że jest bardzo źle. Odrętwienie u mnie wiązało się także z izolacją. Z osoby otoczonej grupą świetnych znajomych zmieniłam się w parę miesięcy w całkowitego samotnika, który nie odbiera telefonów, nie odpisuje na wiadomości, znika.

Dopiero na tym etapie trafiłam do psychiatry, zostałam zdiagnozowana i zaczęłam brać leki.

Dlatego, jeśli:

  • przestały Cię cieszyć rzeczy, które zwykle Cię cieszyły,
  • zaczynasz się izolować od bliskich Ci osób,
  • przestały Cię śmieszyć filmiki z kotami (kryterium ostateczne!),
  • masz jakiekolwiek wątpliwości dotyczące swojego zdrowia psychicznego ->

ZGŁOŚ SIĘ DO SPECJALISTY!

Depresja jest tak samo prawdziwą chorobą jak każda inna – i jak każdą inną trzeba ją leczyć. To, że jej nie widać, że inni nie rozumieją, że uważają, że zrobiła się na depresję moda – możesz mieć głęboko gdzieś. To o Ciebie chodzi! No i trochę o kotki w Internetach.

O tym, jak sobie radziłam z leczeniem, opowiem Wam innym razem.

.

WIELKIE PIĘKNO #1: Janusz Prusinowski Kompania

Janusz Prusinowski z kompanią robi coś absolutnie pięknego – udowadnia, że polska muzyka ludowa odznacza się urodą niezwykłą. Jej bogactwo, złożoność, niebanalność na tle wszystkiego, co można usłyszeć na co dzień jest nieprawdopodobne. Ruch odnowy muzycznych staroci rośnie w siłę i dobrze! W świecie sztucznych dźwięków sięganie do korzeni jest jak łyk świeżego powietrza. A że Janusz Prusinowski robi to tak sprawnie, polecam z całego serca.