Daj sobie spokój, czyli 3 najlepsze aplikacje do medytacji

Należę do osób sceptycznych i nie uważam się za uduchowioną. Nie wyznaję żadnej religii. Nie wierzę w nic, poza rzetelną nauką i może tym, ze Buffy the Vampire Slayer to jeden z najlepszych seriali wszech czasów.

Gdy jednak dopadła mnie depresja, nerwica lękowa i związane z tym niezbyt przyjemne efekty specjalne w postaci ataków paniki, problemów ze snem i tak dalej, jakimś cudem zaczęłam medytować.

Jakimś cudem, bo w szczycie nasilenia depresji nie pomagało mi nic oprócz antydepresantów. Ale o tym innym razem.

Potrzeba zapanowania nad wymykającymi się spod kontroli stanami umysłu, zmusiła mnie do poszukiwania skutecznych sposobów radzenia sobie.

Efekty poszukiwań szybko skierowały mnie w kierunku medytacji. I jeszcze szybciej zweryfikowały moje (jak się okazało) stereotypowe myślenie. Zawsze wydawało mi się, że medytacja jest tylko dla wybranej i wąskiej grupy osób, które nie mają problemu ze skupieniem, siedzeniem w miejscu i dotykaniem absolutu. Ja tam absolutu dotykać nigdy nie chciałam (bo alkoholem to ja się brzydzę).

Okazało się, że by odczuć dobroczynny wpływ medytacji na życie ani nie trzeba siedzieć w bezruchu godzinami, ani się szczególnie wysilać. Mnie na przykład wystarczy 10 minut dziennie i jest to dla mnie teraz część dnia, na którą czekam.

Z moich doświadczeń wynika , że warto znaleźć sobie przewodnika. Przynajmniej na początek. Kogoś, kto mówi do Ciebie spokojnym, ciepłym głosem i pomaga odnaleźć się w tym procesie. Zrobiłam rozległy reaserch i choć wiem, że to szalenie indywidualna kwestia – wybrałam 3 aplikacje, z których korzystałam lub korzystam i mogę je z czystym sumieniem polecić. Wszystkie są anglojęzyczne (niestety!).

Subiektywny top aplikacji dla zestresowanych:

  • Headspace – moim zdaniem najlepsza aplikacja dla zestresowanych. Pięknie zaprojektowana, intuicyjna, ma medytacje na każdą okazję (ułatwiające zaśnięcie, opanowanie narastającego lęku, strachu przed lataniem itp.), daje możliwość wyboru długości sesji, zapisania plików dźwiękowych, wzięcia udziału w zbiorowej prowadzonej medytacji itp. Męski głos (warto poczytać o Andy’m Puddicombe), który prowadzi medytacje (w większości przypadków jest też do wyboru kobiecy) jest moim ulubionym. Jedyny minus – to cena. Chociaż spora część materiału jest dostępna bez opłat, by móc w pełni korzystać z aplikacji trzeba za miesiąc zapłacić 12,99 $.
  • Simple habit – u mnie na drugim miejscu. Bardzo dużo różnorodnych medytacji prowadzonych – często 5-minutowych, dużo dłuższych programów nakierowanych na rozwiązanie konkretnego problemu – np ze snem. Dziesiątki osób prowadzących do wyboru, setki tematów, możliwość dodawania konkretnych kanałów i medytacji do ulubionych. Nie korzystałam z płatnej wersji, bo było takiej potrzeby. Jedyny minus to irytujące dżingle na początku i końcu medytacji…
  • Calm – sama strona mnie uspokaja. Czasem w pracy odpalam sobie w tle i od razu jest mi lepiej. Ładna, przejrzysta, intuicyjna. Ale droga. Testować można przez tydzień, potem – opłata to 59.99 $ (pobierana za rok). Niezbyt dużo materiałów darmowych.

W zasadzie używam tych trzech aplikacji zamiennie i jestem z tym szczęśliwa. Medytacja pomogła mi przede wszystkim z zasypianiem, ale też nauczyła jak nie dać się wkręcić w wir narastającego lęku (nie mogę powiedzieć, że zawsze działa, ale z pewnością pomaga). Jeśli jeszcze nie próbowaliście, a żyjecie w stresie – spróbujcie. Wymaga to pewnej systematyczności i zawzięcia, ale warto.

A Wy? Medytujecie? Może macie inne fajne aplikacje dla zestresowanych, z których korzystacie?

Beznadzieja. O depresji słów kilka.

Ja wiem. O depresji powiedziano już wszystko. Przynajmniej tak się wydaje – gdy się już zachoruje. Gdy jest się zdrowym lub nie podejrzewa u siebie choroby, temat się zgrabnie omija, ignoruje i zostawia histeryzującym paniom w filmach o szpitalach psychiatrycznych.

Tymczasem, jest to palący problem. Problem nie tylko osób chorych, ale także ich bliskich. I dalekich. Problem, który rośnie i nie zamierza odejść. Żeby było jasne – nie jestem lekarzem, nie jestem guru, nie znam cudownego leku na depresję. Ale jestem chora. A ponieważ po gorszych momentach przyszły do mnie lepsze – czuje obowiązek podzielenia się i historią swojej choroby i procesu wychodzenia z niej.

Należę do typów introwertycznych, które w ramach mechanizmów obronnych wykształciły w sobie szereg zachowań ekstrawertycznych. Od dziecka byłam melancholijna, ale najwyraźniej bardzo szybko zauważyłam, że smutni i posępni mają w życiu gorzej. Nie wiem jak to się stało i kiedy, ale stałam się duszą towarzystwa. Byłam szczęśliwa i uważałam się za szczęściarza.

Nie jestem w stanie stwierdzić, kiedy to się zmieniło. Nie chcę się też wdawać w przyczyny. Ważne jest, że nikt nie zauważył znaków ostrzegawczych. A było ich wiele. I rozwijały się kilka lat.

Oznaki zwiastujące nadejście beznadziei:

Najpierw pojawił się ciągły niepokój. Niepokój, który koniecznie chciałam zamaskować. Zaczęłam więc więcej wychodzić z domu, szukać zajęć poza pracą, szukać nowych znajomych, szukać czegokolwiek, co dałoby mi zapomnieć o wiecznym rozedrganiu.

Potem przyszła samodestrukcja. Wiecie jak to jest, gdy zdajecie sobie sprawę, że coś jest dla Was niedobre, niezdrowe i sprawia, że czujecie się jak gówno, ale i tak to robicie? No właśnie. Pustka, jaką wtedy czułam była tak intensywna, że zrobiłabym wszystko, żeby ją zapchać. Czymkolwiek.

Po samodestrukcji nadszedł czas na histerię. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dużo wtedy płakałam. Wtedy dopiero zorientowałam się, że coś może być ze mną nie tak. I poszłam po raz pierwszy do psychologa.

A potem nadeszło najgorsze – odrętwienie. Jeśli sądzicie, że w depresji najgorszy jest smutek, mylicie się. Dla mnie najgorsza była ta całkowita obojętność, odrętwienie i poczucie absolutnego bezsensu jakichkolwiek działań. Beznajdziejnie, co? Gdy oglądasz filmy ze śmiesznymi kotami i odkrywasz, że zupełnie Cię nie śmieszą, to wiesz już, że jest bardzo źle. Odrętwienie u mnie wiązało się także z izolacją. Z osoby otoczonej grupą świetnych znajomych zmieniłam się w parę miesięcy w całkowitego samotnika, który nie odbiera telefonów, nie odpisuje na wiadomości, znika.

Dopiero na tym etapie trafiłam do psychiatry, zostałam zdiagnozowana i zaczęłam brać leki.

Dlatego, jeśli:

  • przestały Cię cieszyć rzeczy, które zwykle Cię cieszyły,
  • zaczynasz się izolować od bliskich Ci osób,
  • przestały Cię śmieszyć filmiki z kotami (kryterium ostateczne!),
  • masz jakiekolwiek wątpliwości dotyczące swojego zdrowia psychicznego ->

ZGŁOŚ SIĘ DO SPECJALISTY!

Depresja jest tak samo prawdziwą chorobą jak każda inna – i jak każdą inną trzeba ją leczyć. To, że jej nie widać, że inni nie rozumieją, że uważają, że zrobiła się na depresję moda – możesz mieć głęboko gdzieś. To o Ciebie chodzi! No i trochę o kotki w Internetach.

O tym, jak sobie radziłam z leczeniem, opowiem Wam innym razem.

.